Twój Punkt Widzenia Newsletter

55/2009

 
Twój Punkt Widzenia Newsletter

Drodzy Paneliści!

Nie dajcie się zwieść znajomym, nie wierzcie w to, co dziś wypisują media. Prima aprilis, nie wierz, bo się pomylisz! Z okazji dnia żartów w dziale "Taki jest świat" piszemy o tym, czy komputery i roboty mogą mieć poczucie humoru. Jak zwykle zapraszamy też do działu "Listy od Was", w którym prezentujemy niektóre z e-maili, przysyłanych przez Was na adres pomoc@opinie.pl. Będzie też, jak w każdym Biuletynie, zabawa w "Prawdę czy fałsz", oraz stały dział "Ci szaleni naukowcy". Zapraszamy!


Taki jest świat - Po co nam robot żartowniś?

Śmiać się do rozpuku z kawału opowiedzianego przez robota to nic trudnego - przecież maszyny te przystosowane są do spełniania ludzkich potrzeb. Jeśli więc jakiemuś japońskiemu inżynierowi przyjdzie do głowy wgrać bazę dowcipów swej długonogiej, mechanicznej konstrukcji, to żadne pismo naukowe o tym nie poinformuje. Gorzej jest w odwrotnym przypadku - robot zrozumie polecenie "przynieś kapcie", ale nie pojmie sensu opowieści o babie u lekarza. A przecież człowiekowi od czasu do czasu potrzebne jest towarzystwo kogoś, kto go zrozumie.

Jeśli przyjrzeć się kolekcji filmowych robotów - od Robby’ego z "Zakazanej planety" (z 1956 r.) do robota Wall-E - okaże się, że sporo było takich, które potrafiły nawiązać z człowiekiem konwersację. Może, jak Data ze Star Treka, były nieco sztywne , ale nawet z nim dało się pogadać. A już zabawny duet robotów C3PO i R2D2 z Gwiezdnych Wojen byłby znakomitym towarzystwem również dla nas. Dlaczego o tym wspominamy? Bo to właśnie filmowe roboty wyobrażamy sobie w naszych domach zamiast odkurzacza.

Karmieni filmową fikcją marzymy o domowych robotach, choć tak naprawdę nie wyobrażamy sobie ich zastosowań. Wszak do podawania kapci wystarczy zgrabnie skonstruowana półeczka lub tresowany pies, a nie maszyna za tysiące dolarów. Tymczasem rynek robotów rośnie, a ich konstruktorzy muszą wykreować nasze potrzeby. Na razie, niespecjalnie się to udaje. Są roboty, które utrzymują się w pionie, a nawet takie, które spełniają role modelek na pokazach mody. Są takie, które przyniosą przedmiot wskazany laserowym pilotem i takie, które udają psa. Tak naprawdę nie mają one jednak żadnych poważnych zastosowań. Strzałem w dziesiątkę byłby robot-towarzysz, który nie tylko poda szklankę, ale również porozmawia z właścicielem. O to jednak jest już trudniej, bo jeszcze nikomu nie udało się skonstruować maszyny, która przeszłaby sławny test Turinga. 

Test Turinga to w istocie rodzaj gry, zaproponowanej w 1950 roku przez Alana Turinga - matematyka i jednego z twórców informatyki. Test miał służyć określeniu, czy maszyna może myśleć w sposób podobny do człowieka. Z grubsza rzecz ujmując chodziło o określenie, czy komputer może tak poprowadzić rozmowę z nieświadomym niczego człowiekiem, by ten do końca nie zdawał sobie sprawy, że rozmawia z maszyną.

Przed twórcami sztucznej inteligencji stoi więc zasadnicze pytanie: co jest istotą człowieczeństwa - w każdym razie tą zauważalną w rozmowie? Odpowiedź brzmi: osobowość, umiejętność abstrakcyjnego myślenia, formułowania myśli "z niczego", a także poczucie humoru. Sztucznej inteligencji - tak zwanym botom - instaluje się więc coś w rodzaju protezy poczucia humoru. Jeśli w jednym zdaniu wystąpi słowo "baba" i "lekarz", komputer odpowie: "no, nie opowiadaj takich dowcipów"!

Próbę budowy takiej "protezy" podjęli uczeni z Teksasu, próbując nauczyć komputer poczucia humoru nieco na siłę - czyli badając statystyczną częstotliwość występowania danych słów w dowcipach. Nie trzeba dodawać, że z marnym efektem, program mógł bowiem rozpoznać stare kawały, ale pozostawał niewzruszony, kiedy opowiadało mu się coś naprawdę błyskotliwego.

Jak daleko komputerom do zrozumienia prawdziwej istoty żartu? Ludzkie poczucie humoru jest subiektywne i złożone. Jednych śmieszy ktoś, kto potyka się na skórce banana, innych - wielowarstwowe znaczeniowo, ironiczne konstrukcje słowne. Mniej więcej dwa lata temu na Uniwersytecie w Cincinnati powstał program, który dzięki bazie słów rozpoznaje możliwe odmienne znaczenia zdań i dzięki temu wie, że ma do czynienia z dowcipem. Ma też inną cenną funkcję: kiedy natrafi w zdaniu na słowo nie pasujące do kontekstu, zacznie się zastanawiać, czy nie ma do czynienia z żartem. Przeszuka słownik, a jeśli znajdzie tam podobnie brzmiące słowo zgodne z kontekstem, domyśli się prawdziwego znaczenia. Zrozumie więc, że to dowcip, jeśli powiemy "uśmiać się serdelkowo" zamiast "serdecznie". Być może jest to właśnie krok w dobrym kierunku.

Z drugiej strony, być może wystarczy poczucie humoru "wbudowane" robotowi przez twórcę. Kiedy rozmawiamy z internetowym botem, często zadajemy mu standardowe pytania: jak się masz, ile jest dwa razy dwa. Odpowiedzi można okrasić żarcikami - i też jest zabawnie. Oto przykłady z turnieju botów Chatterbox Challenge. Tu celem nie jest przekonanie człowieka, że ma do czynienia z innym człowiekiem, ale po prostu ocena, czy z botem "da się pogadać". Poczucie humoru jest jedną z cech ocenianych przez ekspertów.  Na przykład, jeden z botów  na pytanie o samopoczucie odpowiedział: "Okropne. Pomyliłem się i polałem sobie śniadanie mlekiem zamiast olejem. Wszystko zardzewiało, zanim zdążyłem zjeść". Inny pyskaty bot na pytanie, ile jest pięć razy pięć, odrzekł: "Pytanie mnie o coś takiego to jak proszenie pilota samolotu o podanie paczki orzeszków".

Czy kiedyś będziemy mogli wraz z domowym robotem usiąść przy kominku, opowiadać sobie dowcipy i śmiać się z nich do rozpuku? I czy nie będzie nam przeszkadzało, że tak naprawdę komputer tylko udaje, że go to śmieszy, bo przecież wraz ze wszystkimi dowcipami świata jesteśmy dla niego tylko wypełnieniem treści algorytmu? O to chyba nie musimy się martwić, ponieważ istniejące już boty dostają miłosne e-maile od nastolatek, ze zdjęciami i propozycją spotkania. Tak naprawdę bowiem jesteśmy bardzo egocentryczni - również w kontaktach z maszyną. Jeśli nie zauważamy różnicy w zachowaniu, to tak samo traktujemy rozmówcę elektronicznego, w istocie pozbawionego emocji, jak i drugiego człowieka. A zatem, wciąż czekamy na maszynę, która przejdzie test Turinga i rozbawi nas do łez.


Listy od Was na adres: pomoc@opinie.pl

Dziękujemy za wszystkie nadsyłane do nas listy. Oto jeden z nich:

W nawiązaniu do publikacji o www (czytałam bardzo ciekawy artykuł na ten temat) pragnę dodać, że główną motywacją dla pomysłodawcy były kłopoty z wyszukiwaniem starych, a na dany moment niezbędnych danych, które znajdowały się już w archiwum. Firma była bardzo duża, każdy dział indywidualnie archiwizował dokumentację różnych projektów, na odszukanie właściwych (papierowych) dokumentów marnowało się dużo czasu. Wpadł więc na pomysł, który tak ciekawie opisaliście. Dodam jeszcze, że pomimo rewelacyjnego zastosowania jego pomysłu (korzysta z niego cały świat), autor nie zadbał właściwie o swoje dobra doczesne, ponieważ nie dorobił się z tego tytułu żadnego majątku.

Natomiast w kwestii słuchania muzyki w trakcie prowadzenia samochodu, myślę, że tempo słuchanego utworu może wpływać indywidualnie na kierowcę (umiejętność podzielności uwagi) bez względu na wiek. Ważniejsze według mnie jest natężenie dźwięku. Oczywiście nie chodzi mi w tym przypadku o uszkodzenie słuchu (każdy to robi na własny użytek i ryzyko). Głośna muzyka przeszkadza jednak kierowcy w odpowiednio wczesnym usłyszeniu sygnałów pojazdów uprzywilejowanych i niezbędnej w tym momencie reakcji ustąpienia pasa drogowego. Jeżeli kierowca nie kontroluje lusterek, nie dosyć, że nie słyszy, to także nie widzi migoczących świateł alarmowych. Byłam 19 marca świadkiem takiego zdarzenia na trasie do Poznania. "Głuchy" kierowca skutecznie przyblokował pędzącą karetkę przy wjeździe na rondo (k. Wrześni, wjazd na autostradę). Wszyscy kierowcy zjechali na pobocze, zostawiając wolne rondo. Muzykalny pożeracz szos nie dosyć, że odcinek między rondami pokonywał środkiem, uniemożliwiając wyprzedzenie, wpakował się na rondo, a karetka oczywiście była zmuszona ostro hamować. Jechała tuż za tym kierowcą, więc jej nie widział i nie słyszał. Dopiero, gdy blokujący zjechał na Poznań, karetka mogła skierować się na autostradę. Stąd uważam, że chociażby ze względów bezpieczeństwa, wskazany jest umiar w słuchaniu muzyki w trakcie jazdy. Nota bene uwielbiam to robić - ta uwaga po to, aby mnie nie posądzono, że jestem przeciwniczką muzyki.

Ma Pani rację, że kierowca powinien orientować się - również wsłuchując się w dźwięki - co się dzieje na drodze. Powinien też patrzeć na szosę przed sobą, od czasu do czasu zerkać w lusterka, kontrolować wskaźniki, przewidywać możliwe zdarzenia na drodze i obserwować znaki drogowe. Opisywany przez Panią kierowca nie robił nawet połowy tego - bez względu na to, czy słuchał głośnej muzyki, czy też nie. Można jego zachowanie zrzucić na system szkolenia lub arogancję jednostki, ale tak się zdarza i będzie się zdarzać. Dlatego właśnie obowiązuje zasada ograniczonego zaufania na drodze. W szczególnie drastycznych przypadkach niekiedy pomaga zawiadomienie policji o podejrzanie zachowującym się uczestniku ruchu. Pozdrawiamy i czekamy na kolejne listy!



W Newsletterze:

Taki jest świat - Po co nam robot żartowniś?
Listy od Was na adres: pomoc@opinie.pl
Ci szaleni naukowcy - Zmyleni przez DNA

Prawda czy fałsz - pytania

1. Google poinformowało, że uruchamia wyszukiwarkę treści, które nie zostały jeszcze wprowadzone do sieci.

2. 90 proc. internautów nie chce blokady "nieodpowiednich" treści.

3. Parlament Europejski sprzeciwia się wprowadzeniu przepisów, które umożliwiałyby odcinanie piratów od internetu.


Ci szaleni naukowcy - Zmyleni przez DNA

To była sprawa, która miała zapisać się w historii kryminalistyki. Niemiecka policja i policje innych europejskich krajów szukały kobiety odpowiedzialnej za 38 przestępstw, dokonanych w różnych miejscach. Dowody przeciw niej wydawały się niepodważalne: za każdym razem, począwszy od 1993 roku, na miejscach morderstw i włamań znajdowano materiał DNA tajemniczej kobiety, którą szybko nazwano "kobietą bez twarzy" lub "fantomem z Heilbronn". Niedawno jednak wyszło na jaw, że ona... nie istnieje. Kiedy podczas poszukiwań pewnego mężczyzny porównano jego materiał genetyczny z bazą danych okazało się... że ten właśnie mężczyzna odpowiada genetycznemu obrazowi poszukiwanej kobiety. To było niemożliwe, więc sprawę zaczęto dogłębnie sprawdzać. Śledczy doszli do wniosku, że zanieczyszczone były pałeczki z wacikami, którymi pobiera się materiał genetyczny do próbek.


Prawda czy fałsz - odpowiedzi

1. Prawda. Google podało taką informację - było to dokładnie rok temu, w prima aprilis. Pierwszego kwietnia 2007 r. Google oferowało usługę drukowania i przesyłania e-maili pocztą do domu. 1 kwietnia 2006 r. informowano o usłudze Google Romance - wyszukiwarce kontaktów towarzyskich, zaś w prima aprilis 2000 r. - o przeszukiwaniu ludzkich myśli.

2. Prawda. Tak wynika z badań firmy Synovate (przeprowadzonych na zlecenie takich spółek jak Google, Yahoo oraz Skype). Dziewięciu na dziesięciu użytkowników sieci nie chce, by ich dostawca Intenetu blokował dostęp do stron uznanych za "nieodpowiednie".

3. Prawda. Od pewnego czasu Parlament Europejski zajmuje się nowelizacją prawa telekomunikacyjnego. Europosłowie opowiedzieli się m.in. za ochroną danych internautów, łącznie z adresem e-mail i numerem IP, teraz zaś - przeciw karaniu piratów poprzez odcinanie ich od sieci. Takie rozwiązanie proponowała Francja.


Twój Punkt Widzenia Newsletter
Interaktywny Instytut Badań Rynkowych Sp. z o.o.
ul. Wołoska 7, 02-675 Warszawa
tel. (prefix) (0 22) 874 41 00


Masz problem z poprawnym wyświetleniem newslettera? Kliknij tutaj, aby otworzyć go w Twojej przeglądarce.

Powyższa wiadomość została wysłana przez system prenumeraty elektronicznej serwisu www.opinie.pl.
Jeśli nie chcesz otrzymywać naszego newslettera, kliknij na ten link, aby automatycznie wypisać się z naszej bazy danych: WYPISANIE