 |
Drodzy Paneliści!
Dziś przygotowaliśmy dla Was daleką podróż. Daleką i w czasie, i w przestrzeni. Przeniesiemy się bowiem do Chin z czasów Pierwszego Cesarza. Właśnie wtedy powstała niezwykła armia terakotowych wojowników, którzy przetrwali pod ziemią 2200 lat, a teraz, zwyciężeni przez zanieczyszczenia, rozsypują się w proch. Aby poznać ich historię zajrzyjcie do działu "Taki jest świat". Nie zabraknie także "Listów od Was". Sądząc po ilości Waszych listów, dział ten cieszy się coraz większym powodzeniem. Piszcie więc do nas na adres: pomoc@opinie.pl. Na deser proponujemy Wam, jak zwykle, "Tych szalonych naukowców" oraz zabawę-zgadywankę: "Prawda czy fałsz". Zapraszamy do lektury!
Taki jest świat - Terakotowa armia Pierwszego Cesarza Chin
Kiedy w 1974 roku trzej chińscy robotnicy, kopiąc studnię, natknęli się na terakotową figurę, nie przypuszczali - bo któż mógłby wtedy przypuszczać - że właśnie zostali odkrywcami bezcennego zabytku, który zostanie wpisany na światową listę dziedzictwa UNESCO i określony mianem ósmego cudu świata. Pod ziemią ukryta była terakotowa armia z Xi'an, osiem tysięcy postaci, które miały strzec po śmierci cesarza Qin Shi Huanga. Figury były naturalnej wielkości, a każda z nich - inna od pozostałych. Wyglądali zupełnie jak prawdziwi ludzie, przemienieni w terakotę. Na światowej liście dziedzictwa jest wiele niezwykłych zabytków, ale chyba żaden z nich nie wymagał tyle precyzyjnej pracy, co terakotowa armia z Xi'an. Zdaniem historyków budowa cesarskiego grobowca trwała aż 38 lat, a uczestniczyło w niej ponad 700 tysięcy robotników (dla porównania: budowa piramidy Cheopsa trwała ok. 30 lat, budowało ją 100 tys. ludzi). Terakotowa armia z Xi'an jest jednym z najsłynniejszych i najczęściej odwiedzanych przez turystów zabytków kultury starożytnych Chin. Zespoły glinianych figur przykryto olbrzymim pawilonem, a w 1979 roku oficjalnie otwarto Muzeum Terakotowej Armii. Na powierzchni ok. 56 kilometrów kwadratowych, na głębokości 3-7 metrów, w wąskich, trzymetrowych korytarzach, stoi armia żołnierzy z terakoty. Niektórzy na koniach, inni z pikami, jeszcze inni z mieczami, kuszami, łukami. Każda twarz jest inna i przedstawia inne emocje. Żołnierze przedstawieni są w różnych pozycjach, mają różne fryzury i różną budowę ciała. Wśród figur żołnierzy znajdują się również postaci medyków i cywili. Wszyscy - jak jeden mąż - są zwróceni twarzami na wschód. Kto i po co zadał sobie tyle trudu? Ludzie nigdy nie mogli pogodzić się z myślą o śmierci i o tym, że wszelka ich ziemska władza ma kres. Im potężniejszy władca, tym większe miał możliwości zapewnienia sobie najwłaściwszego, w jego mniemaniu, zabezpieczenia. Egipscy faraonowie kazali się mumifikować. Cesarz Qin Shi Huang wybrał inną metodę. Przez wiele lat dawano wiarę legendzie, iż kazał się pogrzebać wraz z żywymi ludźmi. Okazało się jednak, że na jego usługi po śmierci stanęła armia z wypalonej gliny - terakoty. Miała mu pomóc w zaświatach. Kim był cesarz Qin Shi Huang? Urodził się w roku 260 przed naszą erą. Kiedy wstąpił na tron w wieku 13 lat, niewielu przeczuwało, że stworzy potęgę. To Pierwszy Cesarz, człowiek, który na wiele wieków naprzód przesądził o losie Chin. Kilka lat po wstąpieniu na tron zaczął podbój ościennych państewek. 26 lat później, po państwie Han, państwach Zhao, Wei, Chu, i Yan, padło Qi, ostatni kraj antycznych Chin. Ale władca zadbał również i o to, by obywatele tych państw mogli porozumieć się między sobą w sprawach miar, wag, by płacili w jednej walucie i stosowali ten sam alfabet. Musiał być niezwykle silną osobowością. I, oczywiście, nie żałować miecza. Zgładził wszystkich dotychczasowych władców podbitych krajów - także tych, którzy sami oddali mu zwierzchnictwo. "Tak więc ja, pokorny i niewiele znaczący, zwołałem wojska, by śmiercią ukarać buntowników i siewców zamętu" - pisał, domagając się odpowiedniego dla siebie tytułu, po czym sam nazwał się cesarzem. Do dziś jest postacią kontrowersyjną, choć podziwianą. Oto on - niegdyś imperator, cesarz państwa Huangdi, człowiek, który rozpoczął budowę Wielkiego Muru, dzisiejszy władca terakotowej armii. Gdzie spoczywa cesarz? Najprawdopodobniej 1,5 kilometra od swojego wojska, w piramidalnym kopcu o wysokości 51 metrów. Ale kopiec nigdy nie był przekopany. Dopiero ostatnio zbadano go aparaturą do badań geofizycznych i... naukowcy natknęli się na ukrytą komnatę. Zdaniem ekspertów została wybudowana jako miejsce spoczynku dla duszy cesarza. Dużo więcej wiemy o terakotowych żołnierzach, choć kompleks jest pod ścisłą ochroną i władze nie zezwalają na dokładniejsze badania. Pierwotnie wszystkie figury były pomalowane, kolory zachowały się do czasu odkrycia w 1974. Jednak po wydobyciu na powietrze, barwy zaczęły stopniowo zanikać. Całe stanowisko zostało okryte wielkim hangarem, nie tylko dlatego, by ochronić zwiedzających, ale przede wszystkim - same figury przed światłem słonecznym. Tyle, że po przykryciu wykopów, pod dachem zrobiło się ciepło i wzrosła wilgotność, a to znakomite warunki do rozrostu pleśni. Po długich staraniach, chińskim specjalistom wraz z chemikami jednej z belgijskich firm farmaceutycznych, udało się je zlikwidować. Teraz terakotowa armia stanęła przed nowym zagrożeniem - powierzchnia wielu figur zaczyna się utleniać, zmieniając się w szarą, kruchą, osypującą się substancję. To najprawdopodobniej efekt zanieczyszczenia powietrza. Mimo ograniczeń związanych z ochroną kompleksu, uczonym udało się ustalić pewne fakty sprzed 2200 lat. Badano m.in. pyłki roślinne, które zachowały się w strukturze terakotowych figur. Grupa chińskich botaników odkryła, że pozostałości pyłków nie są jednakowe we wszystkich figurach. Wniosek? Wykonywano je w wielu regionach kraju. Tylko duże i ciężkie figury koni wyprodukowano na miejscu. Archeolodzy znaleźli także dowody na to, że przy budowie pracowali również obcokrajowcy. W jednym z grobów, w którym chowano robotników, w pobliżu mauzoleum cesarza, znaleziono kości "zagranicznego" pracownika, co potwierdziły badania genetyczne. Być może był to Pers, Kurd lub członek ludu Parsi z Indii lub Pakistanu. Ile jeszcze tajemnic kryje w sobie armia Pierwszego Cesarza? I, co ważniejsze, ile czasu zdoła jeszcze przetrwać? Jak powiedział jeden z uczonych, opiekujących się kompleksem: jeśli nie uda się przerwać procesów degradacji rzeźb, już za sto lat mogą przypominać "wyrobisko węgla bez żadnej wartości". Smutny byłby to los niezwyciężonej armii.
Listy od Was na adres: pomoc@opinie.pl
Po każdym numerze Biuletynu przychodzą do nas listy - jest ich coraz więcej. Dziękujemy za nie. Oto niektóre z nich: Bardzo lubię czytać artykuły zamieszczane w Waszym Newsletterze. Podoba mi się przede wszystkim różnorodna tematyka, którą podejmujecie. Dzięki niej zawsze z ciekawością zabieram się do czytania kolejnego numeru. Artykuł o nawigacji GPS przypomniał mi o niedawnym zdarzeniu, kiedy to kilku studentów, chyba angielskich, utknęło w lesie w Polsce, bo zawierzyli wskazaniom urządzenia. Dzięki temu, że potrafili podać swoje współrzędne, udało się ich namierzyć i wydobyć w bardziej "cywilizowane" obszary, więc GPS w tym przypadku był zarówno pośrednią przyczyną, jak i rozwiązaniem problemu. Kiedyś, jak ktoś wybierał się w podróż samochodem, nieoceniona była druga osoba, zajmująca siedzenie obok kierowcy i potrafiąca dobrze czytać oznaczenia na mapie i znaki drogowe. Słowem - pilot. Funkcja obecnie, w dobie GPS'ów mocno zaniedbana i zdegradowana. A szkoda, bo choć pomylenie drogi bywało częstą przyczyną kłótni w podróży, to jednak rola pilota była ważna, zarówno jeśli się w niej sprawdzał, jak i jeśli nie. Trudno wymagać od urządzenia, by potrafiło wykonać za człowieka wszelkie funkcje pilota, przewidywać i analizować, a wielu ludzi traktuje GPS jako remedium na wszelkie problemy na drodze, podchodząc ze zbyt wielkim zaufaniem do jego wskazań. Ci brytyjscy studenci, o których Pani pisze, w czasie ubiegłych wakacji spędzili kilka godzin w lesie, przy zapadniętym w błocie samochodzie. Najpierw zawiadomili rodziny, potem ambasadę. Pomoc drogowa nie potrafiła dotrzeć na miejsce. W końcu dodzwonili się do komendy policji w Prudniku. Dopiero policjanci pomogli zagubionym - kierując się właśnie namiarami z nawigacji. I rzeczywiście - gdyby zamiast odbiornika GPS mieli ze sobą zwykłą, tradycyjną mapę - podobna przygoda prawdopodobnie by im się nie przydarzyła. Zgadzamy się z tym, co Pani pisze o pilotach. Z nawigacją nie można się napić herbaty z termosu na leśnym parkingu, nawigacja nie pomoże pompować koła i nie wysłucha mniej lub bardziej słusznych pretensji kierowcy do innych użytkowników drogi. Pozdrawiamy! Biuletyn jest bardzo ciekawy, zawiera różne ciekawostki, dzięki którym dostaję 6 w szkole:) Zawsze myślałam, że muzyka techno dla psów to straszna męczarnia. Pomyłka! Jest im to obojętne! Dzięki temu artykułowi puszczam teraz mojemu psu Mozarta... Czaruś lubi też Beethovena, a w szczególności IX Symfonię. Tylko jego właścicielka czasami przysypia ;) W żadnym magazynie nie otrzymałam tak dużej wiedzy przekazanej w prosty sposób, jak tu. Dziękuję, że tworzycie ten magazyn. Dziękujemy, że jest Pani w Panelu "Twój Punkt Widzenia"! Biuletyn jest właśnie pewną formą podziękowania z naszej strony za to, że przystąpiła Pani do badania. Bardzo się cieszymy, że się podoba. Artykuł, o którym Pani pisze pochodzi (to wyjaśnienie dla innych Czytelników - bodaj z maja ubiegłego roku, z numeru 32/2008). To miłe, że zajrzała Pani do niego. W sprawie psów podpowiemy natomiast, że nerwowo reagują na wysokie tony, jak pisk, gwizd czy krzyk dziecka. W muzyce techno wyraźniejsze są tony niskie, więc nie powinny przeszkadzać Czarusiowi, ta muzyka może się natomiast nie podobać sąsiadom. Pozdrawiamy i Panią, i Czarusia. Biuletyny Panelisty są jak zawsze ciekawe... Zastanawiałam się nad wpływem muzyki na człowieka. Słyszałam, że muzyka rockowa i metal są niezdrowe, i że jest to potwierdzone jakimiś badaniami. Czy moglibyście napisać coś na temat muzyki? Myślałam także nad takimi rzeczami jak np. pogowanie na koncertach. Moim zdaniem ma to pozytywny wpływ na ludzi, ponieważ kiedy się wywrzeszczą, stracą agresję i będą spokojniejsi. Jestem ciekawa, co myślicie na ten temat. Od dawna mówi się (to zdanie przypisywane jest nie byle komu, bo samemu Arystotelesowi), że muzyka łagodzi obyczaje. Czy każda muzyka? To zależy o jakich obyczajach mówimy. Nietrudno wyobrazić sobie, jak szybka muzyka działa na przykład na kierowców. Rock i metal mogą więc być niebezpieczne, tak samo, jak wolna, kojąca muzyka klasyczna słuchana przez kierowcę bardzo zmęczonego. Skoro już o rocku i metalu i ich szkodliwości mówimy: zapewne ma Pani na myśli badania australijskich naukowców: Declana Pattona oraz prof. Andrewa Macintosha z University of New South Wales. Twierdzą oni, że rock może szkodzić... na kręgosłup, jeśli na koncertach fani kiwają głowami w rytmie szybszym niż 130 uderzeń na minutę, zwłaszcza jeśli kąt tego kiwania przekracza 75 stopni. Nie da się też ukryć, że rocka i metalu zwykle słucha się dość głośno, ale możliwe uszkodzenia słuchu nie zależą od rodzaju, lecz od natężenia dźwięku. Meloman tak samo może ogłuchnąć przy wspominanej IX Symfonii Beethovena, co fan Led Zeppelin przy "Black Dogu". O wiele bardziej niebezpieczne może być pogowanie, czyli grupowy, szaleńczy taniec. Naszym zdaniem znakomicie rozładowuje emocje, ale żadnych badań na ten temat nie znamy. Kochani, nie pisze się satelit tylko satelitów. Przyznajemy się do błędu - częstego, jak się okazało. Ze wstydem przyznajemy: potraktowaliśmy satelity jak obiekty rodzaju żeńskiego, tymczasem są rodzaju męskiego, choć w mianowniku liczby pojedynczej wyraz kończy się na "a". Przepraszamy Czytelników, dziękujemy za zwrócenie uwagi. Czekamy na kolejne listy!
|
 |
 |
W Newsletterze:
Prawda czy fałsz - pytania
1. Wspólnota Europejska chce przeznaczyć 4 mln euro na opracowanie komputera, na którym można uruchomić wszystkie stare gry. 2. Rząd Kuby podpisał umowę z Microsoftem na przygotowanie wersji systemu Windows specjalnie na rynek kubański. 3. Telefony komórkowe będą w przyszłości sprzedawane bez ładowarek.
Ci szaleni naukowcy - Odczytać myśli
Uczonym wciąż marzy się urządzenie do odczytywania myśli. Tym razem zrobili krok naprzód, dzięki urządzeniu opartym na podczerwieni. W Kanadzie powstało urządzenie składające się z 16 światłowodów, z których sączy się podczerwone światło o długości fali 690 i 830 nanometrów. Zasada jest prosta: kiedy podejmujemy decyzję "tak" lub "nie", pewne rejony naszego mózgu są mniej lub bardziej aktywne i w zależności od tego pochłaniają pewną - większą lub mniejszą - część promieniowania. W zależności od tego, można określić podejmowaną właśnie decyzję. Eksperymenty przypominały wierszyk o osiołku, któremu w żłobie dano wybór: postawiono przed badanymi dwa napoje. Zadaniem testowanych było określić, na który mają większą ochotę. Skuteczność układu oceniono na 80 procent. To niewątpliwy sukces. W przyszłości - marzą naukowcy - może udałoby się wykorzystać urządzenie do komunikacji z osobami sparaliżowanymi. Szkopuł w tym, że na razie nie da się w ten sposób odczytać skomplikowanych myśli, a jedynie nastawienie pozytywne lub negatywne, ale to już coś.
Prawda czy fałsz - odpowiedzi
1. Prawda. Jak tłumaczą przedstawiciele Wspólnoty Europejskiej (organizacji będącej jednym z filarów Unii Europejskiej), chodzi o zachowanie cyfrowej spuścizny dla potomnych. Niektóre z konsol lub komputerów znajdują się już tylko w muzeach, co oznacza, że oprogramowanie pisane specjalnie dla nich, naturalnie ginie. Dlatego właśnie - zdaniem organizacji - potrzebna jest platforma, która umożliwiłaby uruchomienie tych programów. 2. Fałsz. Kubański rząd zlecił natomiast opracowanie własnej wersji systemu Linux. To posunięcie - jak głosi wydany komunikat - "ma zakończyć imperialną hegemonię Stanów Zjednoczonych". Kuba podejrzewa rząd USA o wykorzystywanie tajnych luk w systemie Windows do szpiegowania. W ciągu pięciu lat wszystkie rządowe instytucje Kuby mają pracować na nowej wersji otwartego systemu Linux. 3. Prawda. To założenie zostało przyjęte przez grupę o nazwie GSMA, łączącą największych producentów telefonów komórkowych. Chodzi o to, by niepotrzebnie nie przyczyniać się do zanieczyszczenia środowiska. Dziś każdy telefon wymaga innej ładowarki. Ładowarki różnią się napięciem i kształtem wtyczek, w zależności od standardu przyjętego przez danego producenta. Zgodnie z porozumieniem, od 2012 roku standard ma być jeden dla wszystkich. Powstać ma uniwersalne urządzenie, którym naładujemy każdą nową komórkę, by w przyszłości móc sprzedawać telefony bez ładowarek - bo każdy będzie miał już swoją. Producenci telefonów ustalili też, że standardowym gniazdem do przesyłania danych, będzie miniaturowa wersja USB, którą dziś spotkać możemy np. w aparatach fotograficznych.
|
 |