 |
Drodzy Paneliści!
Trudno byłoby nam dziś wyobrazić sobie życie bez komputera czy telefonu komórkowego. Niewiele osób pisze listy, skoro można wysłać e-mail. Poczta nadaje coraz mniej telegramów, bo prościej jest wysłać SMS. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że technologia bardzo ułatwia nam życie. Powinniśmy jednak pamiętać o tym, że wynalazki, które pojawiły się kilka lub kilkanaście lat temu, nie zwalniają nas od myślenia. Pokazujemy to na przykładzie nawigacji satelitarnej w dziale "Taki jest świat". Nie zabraknie także listów od Was, przysyłanych na adres pomoc@opinie.pl. Jak co dwa tygodnie znajdziecie w Biuletynie także zabawę w "Prawdę czy fałsz" oraz dział "Ci szaleni naukowcy". Zapraszamy!
Taki jest świat - Nawigacji nie ufaj bez granic
Wskaże drogę, pomoże ominąć remontowany odcinek trasy, poda współrzędne i średnią prędkość. Nawigacja satelitarna: przyjaciel kierowcy i jednocześnie jego wróg. To właśnie nawigacja jest doskonałym przykładem tego, jak nowoczesna technika może ułatwić życie i... jak nie powinna zwalniać od myślenia. Cóż to właściwie jest - nawigacja satelitarna? Składa się ona z dwóch elementów. Pierwszy to niewielkie urządzenie - przypominające skrzyżowanie radioodbiornika z zegarkiem i kalkulatorem - odbierające sygnał radiowy z satelit i dość precyzyjnie mierzące czas. Im dłużej biegnie sygnał, tym dalej jest satelita. W praktyce pomiar czasu z przynajmniej czterech satelit pozwala na dość precyzyjne obliczenie dwóch punktów "przecięcia": jeden znajduje się na Ziemi, drugi gdzieś daleko w kosmosie. Wystarczy powiedzieć, że najpopularniejszy system amerykańskich satelit pod nazwą GPS - Global Positioning System - oferuje cywilnym użytkownikom dokładność do kilku-, kilkunastu metrów. Drugim elementem nawigacji satelitarnej są mapy. Cóż bowiem z tego, że będziemy znali naszą pozycję, jeśli nie wiemy, co w rzeczywistości kryje się pod współrzędnymi geograficznymi. Mapy znajdują się w pamięci komputera i im są dokładniejsze, tym większy z nich pożytek. Nie zawsze jednak są one precyzyjne i nie zawsze poprawnie działa algorytm wyznaczający trasę. Skutek takiego stanu rzeczy bywa czasem opłakany. Dosłownie kilka dni temu samochód zawisł na schodach restauracji w Gorzowie Wielkopolskim. Podobna historia wydarzyła się w Trieście, gdzie pewien Włoch wprowadził do urządzenia adres restauracji, w której miał się spotkać ze znajomymi i aż nadto skrupulatnie stosował się do wskazówek nawigacji satelitarnej. Zjechał z dwóch poziomów schodów, ale na spotkanie dotarł. Po tym, jak kierowca ciężarówki w Devon - kierując się wskazaniami urządzenia - utknął pod wiaduktem powodując spore zakłócenia w ruchu, zastanawiano się nawet nad postawieniem znaku drogowego w miejscach, gdzie nawigacja może zawieść. Przecież droga, która jest bez kłopotu przejezdna dla samochodu osobowego, może być niewłaściwa dla ciężarówki, choćby z powodu niskich wiaduktów. Tam, gdzie z łatwością przejedzie samochód terenowy, zwykły może utknąć. Powstają już mapy, przeznaczone dla zawodowych kierowców, wskazujące takie właśnie utrudnienia. Mapa nie zawsze jednak może być na bieżąco aktualizowana. Kiedy w Gorzowie przez ponad rok remontowano most, urządzenia wciąż kierowały nań kierowców. Z kolei w październiku ubiegłego roku w Głubczycach kierowca busa kierowany nawigacją wjechał wprost do nowo wybudowanego zbiornika wodnego, bo... w przeszłości przebiegała tędy droga. Na szczęście kierowca wraz z dwójką pasażerów zdołali wydostać się na dach samochodu, a straż pożarna podpłynęła do nich łódkami. Nie dalej niż miesiąc temu w Rudzie Śląskiej, inny kierowca, kierując się wskazaniami nawigacji, wjechał w zwykle przejezdny skrót. Tym razem jednak, pod warstwą lodu ukryta była głęboka kałuża. Lód nie wytrzymał, a furgonetka do połowy zapadła się pod powierzchnię wody. Nie zawsze bowiem winna jest nawigacja i jej niedokładność. Gorzej, jeśli kierowcy za bardziej rzeczywiste uznają to, co pokazuje im urządzenie, niż to, co widzą przed sobą. Pewien taksówkarz z Dolnej Saksonii ustawił w urządzeniu nawigacyjnym trasę dla pieszego i utopił samochód w błocie. W policyjnych aktach jest też raport na temat pewnego 19-latka, który - posłuszny instrukcjom nawigacji - wjechał do rzeki nie czekając, aż do nabrzeża przybije prom. Z kolei w Wielkiej Brytanii, kierowca wielkiej ciężarówki usiłował dostać się na Gibraltar, a trafił o 1600 kilometrów dalej - na Gibraltar Point w pobliżu Lincolnshire. Tymczasem nawigacja może być przecież sprzymierzeńcem w nieznanym terenie. Wiedząc, że mamy "suflera", czujemy się spokojniejsi, możemy więcej uwagi poświęcić obserwowaniu drogi i rzadziej sięgać po papierową mapę. GPS pomoże nam również wtedy, kiedy przydarzy się coś złego. Z każdego odbiornika można odczytać pozycję i precyzyjnie powiadomić służby ratownicze. Jak w wielu innych przypadkach, szkopuł w tym, by używać takiego sprzętu z głową.
Listy od Was na adres: pomoc@opinie.pl
Dziękujemy za wszystkie nadesłane listy! Poniżej publikujemy kilka najciekawszych:
Zdecydowanie zgadzam się z jednym z Panelistów, który pisze, że wyjaśnianie takich zjawisk jak Latający Holender powinno się odbywać poprzez badanie mechanizmów powstawania takich historii, sposobu ich rozprzestrzeniania się i ich wpływu na nasze życie. Ostatnio zastanawiałam się nad tym, w podobnym przypadku. Moja mama przyniosła tzw. news'a z pracy: koleżanka jej koleżanki wracała z pracy w nocy. Na drodze leżało drzewo. Zatrzymała się, aby je przesunąć i móc przejechać. Kiedy pojechała dalej, jadący za nią tir zaczął trąbić i mrugać światłami. Oczywiście strasznie się przestraszyła, ale po kilku kilometrach takiej jazdy zatrzymała się, a wtedy z tylnego siedzenia uciekł mężczyzna pozostawiając w samochodzie linę (prawdopodobnie chciał ją udusić). Kierowca tira trąbił i mrugał, ponieważ widział, jak ten mężczyzna wsiadał do samochodu, kiedy kobieta przesuwała drzewo z drogi. Oczywiście opowieść ta bardzo mnie przestraszyła, wręcz poczułam ciarki na ciele, a od tamtej pory, jadąc samochodem wieczorem, zamykam wszystkie drzwi. Przy najbliższym spotkaniu towarzyskim wszystkim znajomym opowiedziałam tę mrożącą krew w żyłach historię. Jednak mój chłopak, który uwielbia "szperać" po Wikipedii, odnalazł tam hasło "miejska legenda" - "z pozoru prawdopodobna informacja rozpowszechniana w mediach, Internecie bądź w kręgach towarzyskich, która budzi wielkie emocje u odbiorców". A wśród podanych przykładów "zabójca na tylnym siedzeniu". Przeczytaliśmy sobie w internecie o historii, która "wydarzyła się" koleżance koleżanki mojej mamy. Dowiedzieliśmy się nawet, że miała ona swój początek w roku 1964. A powszechnie znana była już w USA i Wielkiej Brytanii. Po kilku miesiącach, z kolei moja koleżanka opowiada mi, jak to jej koleżanka wracała wieczorem do domu i po tym, jak się na chwilę zatrzymała, jadący za nią duży samochód zaczął mrugać i trąbić... Dalej już chyba nie muszę opisywać. W tym właśnie momencie zaczęło mnie zastanawiać, skąd to się bierze. Ludzie lubią sobie opowiadać straszne historie, ale dlaczego opowiadają, że zdarzyło się to ich znajomym? Gdzie one mają swój początek? A że skutecznie wpływają na nasze życie, przekonałam się o tym osobiście... do dziś zamykam w samochodzie drzwi od środka... w końcu nigdy nic nie wiadomo. Pozdrawiam serdecznie Redakcję i wszystkich Panelistów A pamięta Pani czarną wołgę, która porywała dzieci? A niedawna rzekoma katastrofa w ukraińskiej elektrowni atomowej czy tajemniczy zwierz w podkrakowskiej wsi? Antropolodzy kultury podobnych opowieści - zwanych "miejskimi legendami" - znają setki. "Miejskie legendy" mają kilka wspólnych cech. Są jednocześnie prawdopodobne i zaskakujące. Budzą grozę, bazują na naszych fobiach, a jednocześnie dotyczą uniwersalnych, ważnych dla każdego z nas spraw. Dlatego właśnie tak szybko się rozprzestrzeniają - powtarzamy je innym jako ostrzeżenie. Ostatnio doskonałym medium dla "miejskich legend" stał się Internet, gdzie aż roi się od fałszywych ostrzeżeń przed wirusami czy e-mailowych łańcuszków. Takie historie mogą być także niebezpieczne - mogą powodować nieuzasadnioną panikę. Z drugiej strony, jak zwracają uwagę badacze kultury, pełnią funkcję kulturotwórczą - rolę współczesnych mitów i bajek. Warto więc chyba zachować zdrowy rozsądek i odpowiedni krytycyzm. Pozdrawiamy Panią i dociekliwego chłopaka :) A oto kolejny list:
Z Waszych Biuletynów można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy z bardzo różnych dziedzin. Skoro macie dostęp do tak rozległej wiedzy, może uda Wam się odpowiedzieć na nurtujące mnie od pewnego czasu pytanie: dlaczego woda "się gotuje", tzn. skąd się biorą te bąbelki? Pozdrawiam redakcję Biuletynu
Odpowiedź na pytanie okaże się prosta, jeśli uświadomimy sobie, że pod wpływem temperatury woda przechodzi w stan gazowy. Kiedy woda wrze, para wodna powstaje nie tylko na powierzchni, ale także w całej objętości wody. Pęcherzyki pary unoszą się ku górze i tu pękają. Przy ciśnieniu jednej atmosfery proces ten zachodzi w temperaturze 100 stopni Celsjusza. Pozdrawiamy serdecznie i czekamy na kolejne listy!
|
 |
 |
W Newsletterze:
Prawda czy fałsz - pytania
1. Królowa Elżbieta II osobiście uruchomiła nową wersję serwisu internetowego brytyjskiej rodziny królewskiej. 2. Brad Pitt i Tom Cruise są ulubionymi aktorami nadawców spamu. 3. Ulubionym hasłem Amerykanów jest słowo "Obama".
Ci szaleni naukowcy - Pieniądze szczęścia nie dają, ale...
Psycholodzy z San Francisco State University zbadali, czy prawdą jest powiedzenie, że pieniądze szczęścia nie dają. Okazało się, że sprawa nie jest taka prosta. Wszystko zależy od tego, co za nie kupujemy. Przeprowadzono proste doświadczenie, prosząc grupę osób o udzielenie odpowiedzi na pytanie dotyczące ostatnio dokonanych zakupów. Niezależnie od zarobków, stanu posiadania i wydanych pieniędzy, badani bardziej cenili bilety do teatru, miłą kolację w restauracji czy ciekawą wycieczkę niż rzeczy materialne, jak nowe ubranie czy urządzenie. Słowem - ważniejsze są dla nas przeżycia i nowe doświadczenia niż przedmioty. Badacze komentują, że ponad potrzebę posiadania stawiamy jednak zaspokajanie wyższych potrzeb. Uczeni są chyba zadowoleni z eksperymentu - wszak on sami zdobyli nowe doświadczenia.
Prawda czy fałsz - odpowiedzi
1. Prawda. Choć serwis brytyjskiej rodziny królewskiej działa pod adresem http://www.royal.gov.uk/ od 1997 roku, teraz zyskał nowe oblicze. Odwiedzający uzyskali dostęp do większej liczby materiałów multimedialnych oraz dokumentów historycznych. Są wśród nich na przykład zapiski królowej Wiktorii dotyczące pierwszych prób skorzystania z telefonu. 2. Prawda. Podliczyła to jedna z firm produkująca oprogramowanie zabezpieczające. W zainfekowanych e-mailach jako wabik często pojawia się nazwisko sławnej osobistości. W 12,57 proc. takich wiadomości jest to Brad Pitt, w 12,14 proc. - Tom Cruise. Na trzecim miejscu znalazła się Britney Spears - jej nazwisko pojawia się w 12,01 proc. zainfekowanych e-maili. 3. Fałsz. Niedawno w Internecie pojawiła się skradziona baza z 28 tysiącami haseł użytkowników pewnego amerykańskiego serwisu. Kradzież i publikacja materiałów były oczywiście działaniami nielegalnymi, ale skoro już dane wyciekły, można było pokusić się o sporządzenie wyliczeń. Amerykanie najczęściej zabezpieczają się hasłem "1234", "qwerty", hasłem "password" (ang. "hasło") oraz swoim imieniem. Nie trzeba dodawać, że takie hasła nie są właściwie żadną przeszkodą dla hakerów.
|
 |