Twój Punkt Widzenia Newsletter

50/2009

 
Twój Punkt Widzenia Newsletter

Drodzy Paneliści!

W tym numerze Biuletynu Twój Punkt Widzenia, w dziale "Taki jest świat" postanowiliśmy "rozprawić się" z mitem Latającego Holendra. Tajemniczy statek-widmo posłużył nam jako przykład do rozważań o nieprawdopodobnych, ale dziś już w pełni wyjaśnionych zjawiskach optycznych w przyrodzie, jak również do tego, by zastanowić się, czy wszystko można i trzeba wyjaśniać naukowo. Jeśli dojdziecie do ciekawych wniosków, nie wahajcie się napisać na adres pomoc@opinie.pl. Zapraszamy Was także do zabawy w "Prawdę czy fałsz" oraz do działu "Ci szaleni naukowcy". Miłej lektury!


Taki jest świat - Pechowy rejs bluźnierczego kapitana

Rejs do Batawii pod wodzą kapitana Van der Deckena przebiegał gładko, choć przesądni marynarze nie chcieli wypływać w Wielki Piątek. Powodzenie opuściło załogę w okolicach Przylądka Dobrej Nadziei. Rozpętał się sztorm. Na nic zdały się prośby i błagania oficerów - kapitan się uparł. Miotał przekleństwa, bluźnił Bogu i zarzekał się, że choćby i całą wieczność miał żeglować, dopłynie do celu. I wówczas na pokład zstąpił niebiański gość - może anioł, może sam Bóg. Zamiast jednak przywitać go z należną czcią, rozwścieczony kapitan wypalił doń z pistoletu. Tego było za wiele. Do dziś dnia po morzach i oceanach pływa ów przeklęty, holenderski żaglowiec ze swoją demoniczną załogą i nieśmiertelnym, ale udręczonym kapitanem. Tak rozpoczyna się legenda o najsłynniejszym statku-widmie, Latającym Holendrze. Czy jest w niej ziarno prawdy?

Opowieść o Latającym Holendrze można byłoby włożyć między inne bajki, opowiadane przez znudzonych marynarzy przejętym szczurom lądowym. Wszak "kiedy rum zaszumi w głowie, cały świat nabiera treści, wtedy chętnie słucha człowiek morskich opowieści". Ale nie, Latającego Holendra widziało zbyt wiele osób. Poważnych, zdrowych, nieskłonnych do zmyślania. Najwięcej doniesień pochodzi z okolic Przylądka Dobrej Nadziei, a więc właśnie z tego rejonu, w którym rozpocząć się miała upiorna podróż. W 1939 roku 60 urlopowiczów widziało ów statek, który w pewnej chwili po prostu rozwiał się we mgle na oczach zdumionych turystów. Najsłynniejsze jednak, ze względu na osobę obserwatora, było spotkanie z 1881 roku, kiedy widział go szesnastoletni wówczas książę Jerzy, późniejszy monarcha brytyjski, znany jako Jerzy V. To on opisał historię swojego spotkania ze statkiem w dzienniku pokładowym, lecz nie on jednak zobaczył widmo jako pierwszy - marynarz, który wypatrzył Latającego Holendra, spadł następnego dnia z masztu.

Są i inne opowieści o Latającym Holendrze, a wiele z nich ma smutny finał. Latający Holender ukazuje się zawsze we mgle, w warunkach kiepskiej widoczności, zawsze przed burzą. Przepowiada nieszczęście. Przepowiada - ale czy wywołuje? Czy też może raczej pojawienie się widma jest efektem przedsztormowych warunków atmosferycznych?

Przecież i na lądzie widujemy miraże, a zjawisko fatamorgany nikogo już dziś nie dziwi. Można je dostrzec nawet na Pustyni Błędowskiej, gdy rozgrzane powietrze tak załamuje promienie, że przenosi ono obrazy po liniach krzywych. To efekt załamania światła w warstwach powietrza o różnej temperaturze, podobny do tego, który kierowcy znają z letnich podróży, gdy w zagłębieniach drogi dostrzegają nieistniejące w rzeczywistości kałuże wody. Rozwiewają się one na oczach zdumionego kierowcy, który już myśli o tym, by zwolnić przed przeszkodą. Znikają dokładnie tak, jak statek-widmo. Goniąc za takim statkiem we mgle i tuż przed burzą łatwo jest wpaść na skały, łatwo się rozbić, łatwo popełnić błąd. Zwłaszcza, że - jak głosi legenda - spotkanie z Latającym Holendrem wróży nieszczęście.

Miraż (zwany również fatamorganą) ze statkiem bluźnierczego kapitana Van der Deckena ma tyle wspólnego, że nie można go dogonić. Fatamorgana występuje jednak przy upałach, a do przedburzowej, mglistej pogody na morzu pasuje inne zjawisko - ognie świętego Elma. Każde nieznane, tajemnicze zjawisko budzi strach, a jednak, o dziwo, pojawienie się ogni św. Elma przesądni zazwyczaj marynarze zawsze przyjmowali za dobry omen. Kiedy ma miejsce to zjawisko, słychać cichy świst i trzaski, a na powierzchni skał, drzew, masztów, anten, lin, widać świetliste łuny. Można je zaobserwować nie tylko na morzu, a także w górach, zwykle przed burzą. Dziś już wiemy: za to zjawisko odpowiada różnica potencjałów między ziemią a warstwą chmur.

Szukajmy jednak dalej, bo ognie św. Elma, choć efektowne, nijak nie pasują do błądzącego wśród mgieł statku. Warto przyjrzeć się zjawiskom, widocznym na przykład z samolotu, ale także wysoko w górach, kiedy mgła lub chmury są na naszym poziomie lub niżej i pada na nie cień. Przy odrobinie szczęścia wokół cieni różnych przedmiotów dostrzeżemy barwne pierścienie, niemal jak aureole. Niejeden byłby w stanie przypisać temu zjawisku nadnaturalne pochodzenie, ale glorie - jak się je określa - to zjawisko dawno wytłumaczone. Odpowiada za nie dyfrakcja, czyli ugięcie się fal i odbicie ich na kroplach wody. Istnieje też zjawisko podobne do opisanego, budzące jednak większą grozę: to widmo Brockenu.

Nazwa ta pochodzi od najwyższego szczytu w niemieckich górach Harz. To tam właśnie pojawiało się owo widmo, zwiastujące śmierć w górach. I rzeczywiście, wielu z tych, którzy zobaczyli widmo Brockenu, nigdy już nie schodziło w dolinę. Olbrzymia, nadnaturalnej wielkości postać, ukazywała się głównie zimą. Niektórym przerażonym wędrowcom, wbrew wierzeniom, udawało się zejść w bezpieczne miejsce i ci właśnie szczęśliwcy przekazywali innym ludziom mrożącą krew w żyłach historię o spotkaniu. Postać niekiedy otoczona była kolorową poświatą. Podobne "widmo" spotkać można w Tatrach. Ten, kto je spotka, zginie w górach - mawia przesąd. No chyba, że ujrzy je trzykrotnie, wówczas ma zagwarantowane bezpieczeństwo i po wsze czasy może czuć się bezpiecznie na górskich szlakach.

Widmo Brockenu jako pierwszy opisał w 1780 roku teolog i badacz natury Johann Esaias Silberschlag. Dziś już wiemy: widmo Brockenu to żaden duch, tylko wielokrotnie powiększony cień obserwatora na ekranie z mgły, otoczony niekiedy wspominaną wcześniej glorią. To wyjaśnia również, dlaczego tak wielu z obserwatorów nie przeżyło. Czyż trzeba się rozpisywać, jak niebezpieczna może być gęsta mgła zimą w wysokich górach?

Wróćmy jednak do Latającego Holendra, który może być widocznym wśród mgieł cieniem statku, na którym znajdują się obserwatorzy. Zarówno więc przyczynę, jak i nieszczęścia, będące następstwem jego ujrzenia, można wyjaśnić zjawiskiem widma Brockenu - mgła, następująca po niej burza i nadszarpnięte nerwy załogi robią swoje. A zatem, czyżby tajemnica Latającego Holendra została wyjaśniona? Niekoniecznie. Przyroda, natura i optyka potrafią płatać wiele figli, a od wielu już lat nikt nie widział widmowego statku. Być może dlatego, że współczesna nawigacja opiera się bardziej na radarach, niż na obserwacjach z bocianiego gniazda. Czego nie widać na radarze, tego po prostu nie ma, a do ujrzenia nieistniejącego zagrożenia nikt się przecież nie przyzna.

Historie, które Wam opowiedzieliśmy, to nie próba rozwiązania morskiej zagadki ani nawet stawiania hipotez. Okazuje się jednak, że najbardziej nawet niewyjaśnione zjawiska znajdują czasem zupełnie prozaiczne wytłumaczenie. Na szczęście gawędziarze dalej rozprawiać będą o widmowym statku ku uciesze gawiedzi. Bo czymże byłyby morskie opowieści bez pięknej legendy Latającego Holendra?


Listy od Was na: pomoc@opinie.pl

Temat żarówek wraca jak bumerang. Niektórzy z Was nie mogą odżałować wycofania z produkcji tradycyjnych "edisonowskich" żarówek. W poprzednim numerze zamieściliśmy list Panelistki, która zrezygnowała ze świetlówek kompaktowych, bo nie współpracowały ze "ściemniaczem". Oto odpowiedź innego Panelisty:

 

Witam,

W Biuletynie 49/2009 ktoś ubolewał, że nie można regulować (ściemniać) natężenia światła w świetlówkach kompaktowych. A właśnie jedna z firm wyprodukowała takie "coś", miałem to okazję wypróbować. Pozdrawiam

 

Rzeczywiście, pojawiły się na rynku takie świetlówki. Producent podaje, że można je ściemnić od 100 do 15 proc. Są również takie, które można włączyć w jednym z dwóch trybów: jasnym bądź przyciemnionym - te nie wymagają nawet "ściemniacza". Wystarczy je wyłączyć i ponownie włączyć, by przejść z jednego trybu w drugi. Rynek świetlówek jest zresztą przebogaty. Oferowane są już świetlówki z włącznikiem zmierzchowym, czyli takie, które same zapalają się, gdy zrobi się ciemno oraz takie, które przeznaczone są do zasilania z systemów baterii słonecznych, wymagające napięcia zaledwie 12V. Okazuje się, jak zresztą pisaliśmy, że tylko zapotrzebowanie konsumentów wyznaczać będzie trendy w produkcji.

W poprzednim numerze Biuletynu zamieściliśmy artykuł o fascynacjach osobą i dziełami Leonarda da Vinci. Cieszymy się, że zainteresował Was ten temat. Oto list od pewnej Panelistki:

 

Bardzo dziękuję za artykuł poświęcony osobie Leonarda da Vinci! Ten człowiek swoimi odkryciami i twórczością znacznie wyprzedził swoją epokę. Ponieważ jestem osobą po sześćdziesiątce, aby nie "zgnuśnieć" uczestniczę w zajęciach Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Wysłuchałam tam wykładu poświęconego osobie mistrza Leonarda. Był równie ciekawy jak Państwa artykuł. Wielka szkoda, że w polskich zbiorach znajduje się tylko jedno dzieło Leonarda da Vinci. Leonardo da Vinci to jeden człowiek, ale z wieloma talentami. I wszystkie rozwijał i umiał wykorzystać. Warto wiedzieć na jego temat jak najwięcej. I dobrze, że redakcja Instytutu stara się "podrzucać" swoim Panelistom tak interesujące tematy. Takiej wiedzy nigdy zbyt dużo. Jest to bardzo ważne i dla starszych i dla młodszych. Ludzie starsi nie zawsze mają na tyle dobry wzrok aby czytać opracowania poświęcone sławnym ludziom tamtego okresu, a ci młodsi "z zasady" nie lubią czytać żadnej literatury. Rzadko wśród młodzieży trafia się ktoś, kto z własnej i nieprzymuszonej woli sięgnie po jakąś książkę. A już na pewno nie po coś z lektur obowiązkowych. Natomiast na dźwięk słowa "muzeum", uczniom dosłownie "cierpnie skóra". Znam te reakcje, ponieważ przez kilka lat pracowałam w szkole średniej jako nauczyciel. Było to w Łodzi, gdzie jest zlokalizowany zabytkowy pałac fabrykanckiej rodziny Herbstów. Kiedy trzeba było zagospodarować czas wolny uczniów (bywały takie sytuacje), to na wzmiankę o wycieczce do tego pałacu najczęściej słychać było "jęk rozpaczy". A szkoda, ponieważ pałacyk wart jest zwiedzania. Ale w tym wieku tak niestety bywa. Dopiero w dorosłym życiu zaczyna się to wszystko doceniać i wielu zmarnowanych okazji żałować.

Ja bardzo się cieszę z wielu ciekawych artykułów, które mogę przeczytać dzięki temu, że przyłączyłam się do społeczności Panelistów. Czekam na kolejne ciekawe informacje od Państwa.

Serdecznie pozdrawiam.

 

Dziękujemy za list. Staramy się pisać ciekawie, kierując nasz Biuletyn i do młodszych, i do starszych Panelistów. Cieszymy się, że jest Pani z nami! I dziękujemy za miłe słowa.

Ale oto kolejny list:

 

Leonardo da Vinci był też odkrywcą prawa tarcia, które w precyzyjniejszej matematycznej postaci sformułował Amontons. Dokonał tego, podobno, oceniając siłę potrzebną do przeciągnięcia liny okrętowej i wtedy zauważył, że bez względu na sposób jej zwinięcia, siła ta jest taka sama.

 

Właśnie Guillaume Amontons jest przykładem człowieka, który w młodości nie przeczuwał, że zostanie kiedyś uczonym. Miał pójść w ślady ojca, paryskiego prawnika. A jednak, gdy na skutek poważnej choroby stracił słuch, zajął się fizyką. Badania nad rozszerzalnością gazów, skonstruowanie pierwszego termometru gazowego o stałej objętości, wprowadzenie pojęcia zera bezwzględnego i właśnie badania nad tarciem dały mu członkostwo w paryskiej Akademii Nauk. Mawiał, że to dzięki głuchocie zwrócił się ku fizyce i odmówił poddania się kuracji, która mogłaby mu częściowo pomóc.

Jeśli zaś chodzi o Leonarda da Vinci - cóż, był to człowiek wielu talentów i późniejsze wykorzystanie jego pomysłów nie należy wcale do rzadkości. Niedawno media donosiły o tym, jak to anatomiczne rysunki mistrza Leonarda zainspirowały pewnego kardiochirurga do udoskonalenia metod operacji zastawek dwudzielnych serca. Do inspiracji osobą Leonarda da Vinci przyznaje się też Gennai Yanagisawa, 75-letni konstruktor niewielkiego, jednoosobowego helikoptera. Co ciekawe, prezentacja maszyny odbyła się we włoskiej miejscowości Vinci niedaleko Florencji. Zresztą sam da Vinci też - jak twierdzi brytyjski historyk-amator Gavin Menzies - wykorzystywał pomysły innych. Jego zdaniem szkice maszyn Leonarda da Vinci są bardzo podobne do datowanych wcześniej rysunków z chińskiej encyklopedii technicznej, przywiezionej do Europy już w 1434 roku. Eksperci z pewną rezerwą odnoszą się do tych spekulacji, niemniej książki Menziesa są dość znane.

 

De gustibus (et coloribus) non est disputandum. Inaczej mówiąc nie to ładne, co ładne, ale to co się komu podoba. Rozważanie po uśmiechu Mony Lisy jej głosu itp., jest beznadziejne. Właśnie takie beznadziejne pytania zadawał (w moich czasach) w szkole nauczyciel: "co miał na myśli autor". Naprawdę przyjmujmy świat subiektywnie, tak jak go odczuwamy. Nie miejmy za złe ludziom, którzy nie lubią muzyki poważnej i tym, którzy nie znoszą muzyki młodzieżowej. Pozdrawiam redakcję, jesteście super.

 

Dziękujemy. My, na szczęście, trafialiśmy na mądrych polonistów. Takich, którzy przyjmowali każdą interpretację, jeśli tylko była odpowiednio uzasadniona. To jest właśnie piękne w literaturze i sztuce, że każdy rozumie ją "po swojemu". Być może niektórzy, patrząc na zagadkowy uśmiech Mony Lisy, zastanawiają się nad osobowością sportretowanej: nad tym, jak wyglądała, gdy się złościła, jaki wyraz twarzy miała przy codziennych czynnościach, jak chodziła i jak mówiła.

Niezależnie od tego, co miał na myśli Leonardo da Vinci malując na zamówienie Lisę Gherardini, żonę florenckiego kupca Francisco Giocondo (kupiec zresztą nie zapłacił za obraz, bo da Vinci nie wywiązał się z terminu), niektórym w pełnym odbiorze dzieła pomoże rekonstrukcja głosu modelki. Inni nie potrzebują takich "udogodnień", a wystarczy im zagadkowy, magnetyczny uśmiech Giocondy. Jeszcze inni skłonni są analizować najdrobniejsze szczegóły każdego dzieła i dopiero wówczas są usatysfakcjonowani, kiedy poznają skład chemiczny użytych farb. I to również jest element subiektywnego odczuwania świata.

Za wszystkie listy serdecznie dziękujemy i pozdrawiamy!

 



W Newsletterze:

Taki jest świat - Pechowy rejs bluźnierczego kapitana
Listy od Was na: pomoc@opinie.pl
Ci szaleni naukowcy - Zapomnieli o kulkach

Prawda czy fałsz - pytania

1. Papież Benedykt XVI chce występować w portalu YouTube.

2. Domowe urządzenia AGD od 2010 r. w trybie czuwania nie będą pobierać więcej niż 5 W.

3. 78 proc. pobrań muzyki z internetu odbywa się w sposób nielegalny.


Ci szaleni naukowcy - Zapomnieli o kulkach

Uczeni z Queensland University zbadali, jak na wydajność w pracy wpływa układ biura. Ich zdaniem najlepiej sprawdzają się tradycyjne pokoje, choć wspominają, że taka aranżacja przestrzeni jest droższa. Potępili jednak organizację biura w tzw. openspace - czyli otwartą przestrzeń z biurkami, przy których siedzi większość pracowników. Powód? O, tych jest wiele. Naukowcy wskazują: hałas, który utrudnia koncentrację, konflikty powodujące wyższy poziom stresu, podniesione ciśnienie i częstsze zmiany pracowników oraz brak poczucia prywatności. Dodatkowo badacze przypomnieli, że w otwartych biurach szybciej szerzą się choroby - jak na przykład sezonowa grypa. Uczeni zapomnieli dodać, że w takim pomieszczeniu łatwiej zostać trafionym kulką z papieru.


Prawda czy fałsz - odpowiedzi

1. Prawda. Watykan będzie miał w YouTube własny kanał, w którym publikowane będą teksty i wystąpienia papieża. To kolejny krok w stronę wykorzystania internetu - od 1995 r. działa strona Stolicy Apostolskiej.

2. Fałsz. Pisaliśmy w 44 numerze Biuletynu Twój Punkt Widzenia o tym, że w trybie czuwania (standby), domowe urządzenia pobierają sporo energii. Tak będzie do roku 2010. Komisja Europejska zadecydowała, że wszelkie nowe urządzenia AGD i biurowe do użytku domowego w trybie czuwania nie będą mogły pobierać więcej niż 2 W. Do 2014 roku ten limit spadnie do 1 W. To kolejna decyzja KE, mająca na celu racjonalniejsze wykorzystanie energii. Jedną z poprzednich była decyzja o wycofaniu tradycyjnych żarówek - o której pisaliśmy w numerze 47.

3. Fałsz. Z danych przedstawionych przez międzynarodową organizację IFPI (International Federation of the Phonographic Industry), aż 95 proc. pobranych przez sieć utworów to pliki uzyskane nielegalnie.


Twój Punkt Widzenia Newsletter
Interaktywny Instytut Badań Rynkowych Sp. z o.o.
ul. Wołoska 7, 02-675 Warszawa
tel. (prefix) (22) 87 44 113


Masz problem z poprawnym wyświetleniem newslettera? Kliknij tutaj, aby otworzyć go w Twojej przeglądarce.

Powyższa wiadomość została wysłana przez system prenumeraty elektronicznej serwisu www.opinie.pl.
Jeśli nie chcesz otrzymywać naszego newslettera, kliknij na ten link, aby automatycznie wypisać się z naszej bazy danych: WYPISANIE