 |
Drodzy Paneliści!
Witamy Was w nowym roku! W tym numerze Biuletynu badania Twój Punkt Widzenia zastanawiamy się, co też odkryć można na obrazach mistrza renesansu Leonarda da Vinci. Jakie tajemnice skrywa twórczość słynnego artysty? O tym w dziale "Taki jest świat". Nie zabraknie także Waszych listów w dziale "Listy od Was". Na deser proponujemy dział "Ci szaleni naukowcy" oraz zabawę w "Prawdę czy fałsz". Życzymy miłej lektury!
Taki jest świat - Odkrywanie mistrza Leonarda
W połowie grudnia 2008 r. świat obiegła sensacyjna wieść: szkice, wykonane prawdopodobnie ręką Leonarda da Vinci, odnaleziono na odwrocie jednego z jego obrazów znajdującego się w Luwrze. Ile jeszcze takich niespodzianek czeka na odkrycie na innych dziełach mistrza - w widocznym miejscu, z tyłu obrazu lub pod warstwą farby? Uczeni, którzy za pomocą skomplikowanych urządzeń prześwietlają, fotografują i drobiazgowo analizują dzieła włoskiego geniusza twierdzą, że sporo. Może właśnie dlatego również amatorzy tak chętnie przyglądają się tym obrazom. Leonardo da Vinci - to nazwisko działa jak magnes. Lista specjalności, którymi się zajmował wydaje się nie mieć końca: był malarzem, rzeźbiarzem, architektem, filozofem, muzykiem, poetą, wynalazcą, matematykiem, mechanikiem, anatomem, geologiem. Po prostu człowiekiem renesansu w pełnym tego słowa znaczeniu. Dziś uważa się go nie tylko za jednego z największych malarzy, ale również za najbardziej utalentowaną osobę w historii. Ale oprócz tego - otacza go nimb tajemnicy. Może stało się tak za sprawą jego wszechstronności, może z powodu lustrzanego pisma, którym lubił się posługiwać z nieznanych powodów, a może sprawił to uśmiech Mony Lizy, najbardziej tajemniczy uśmiech w historii malarstwa? Po publikacji bestselleru Dana Browna "Kod Leonarda da Vinci", zainteresowanie włoskim mistrzem i jego dziełami odżyło. Dlatego właśnie, kiedy tylko odnajdujemy jakikolwiek nieznany dotąd fakt, choćby tylko pośrednio związany z samym Leonardem da Vinci, donoszą o tym media całego świata. Tak było, gdy pewien japoński uczony, którego specjalnością jest akustyka - Matsumi Suzuki - ustalił, jak mógłby brzmieć głos sławnej Mony Lisy. Za pomocą skomplikowanych technik kryminalistycznych stworzył krótkie przemówienie sportretowanej damy. Musiał w tym celu zmierzyć i przeanalizować proporcje rąk i głowy oraz uwzględnić rysy twarzy, aby stwierdzić, że Mona Lisa liczyła sobie 168 centymetrów wzrostu i na podstawie zebranych danych zrekonstruować model jej czaszki. Ta dokładna analiza pozwoliła odtworzyć głos sportretowanej osoby - jak twierdzi dr Suzuki - z 90-procentową dokładnością. Zapewne nigdy nie będziemy mogli tego sprawdzić, niemniej o panu Suzuki i jego technikach zrobiło się głośno. I o to przecież chodziło. Także słynny uśmiech Mony Lisy był przedmiotem wielu analiz, miedzy innymi posłużył również jako przykład dla... programu rozpoznającego emocje. Kiedy Nicu Sebe, uczony z uniwersytetu w Amsterdamie, chciał przetestować swój algorytm, nie wahał się długo. Wczytał do komputera portret Giocondy i uruchomił program. Wynik? Komputer orzekł, że uśmiech Mony Lisy w 83 proc. wyraża szczęście, w 9 proc. niesmak, w 6 proc. strach i w 2 proc. - złość. Rzecz jasna, oprogramowanie do analizy emocji nie było pisane z myślą o interpretacji dzieł sztuki, ale i tak wyniki tego eksperymentu trafiły do prestiżowego pisma "New Scientist", a stamtąd - do mediów całego świata. To przykłady badań, w których Mona Lisa stała się tylko modelem, przykładem. Trudno powiedzieć, czy wybrano ją ze względu na szerokie zainteresowanie dziełami Leonarda da Vinci, czy z powodu osobistych fascynacji badaczy. Faktem jest jednak, że każda, najbardziej nawet nieprawdopodobna teoria dotycząca dzieł mistrza renesansu, budzi olbrzymie zainteresowanie. Nie inaczej było w przypadku szczytnego projektu sfotografowania w bardzo wysokiej rozdzielczości i udostępnienia szerokiej publiczności w internecie fresku "Ostatnia Wieczerza". Cyfrowy zapis 500-letniego dzieła jest tak dokładny, że widać na nim każde pęknięcie farby czy tynku pod nią. Od ponad roku każdy może zapoznać się z dziełem, a nawet obejrzeć je ze szczegółami, których nie dostrzegłby osobiście w kościele Santa Maria delle Grazie w Mediolanie. Nie brakowało też takich, którzy "odkryli" w ten sposób rzekome drugie dno obrazu. Pewien włoski informatyk oświadczył na przykład, że nakładając na obraz jego lustrzane odbicie, na jaw wychodzą dodatkowe szczegóły: rycerz wyglądający na Templariusza, postać trzymająca w ramionach dziecko i kielich przed postacią Jezusa. "Rewelacje" te wydają się nieco naciągane, gdy własnoręcznie nałożymy na siebie obrazy. Nie przeszkodziło to jednak w tym, by na strony, gdzie informatyk ogłosił swoje przypuszczenia, weszło w krótkim czasie 15 milionów internautów. Nie brak też rzetelnych, naukowych badań, które służyć mają lepszemu poznaniu obrazów lub techniki pracy mistrza. Włoscy uczeni z uniwersytetu we Florencji, przy pomocy akceleratora cząstek odtworzyli tę technikę, badając "Madonnę z wrzecionem". Nie, nie chodzi o stwierdzenia w rodzaju "da Vinci używał welatury", ale możliwość omówienia niemal każdego pociągnięcia pędzla. Okazało się, że Leonardo da Vinci starał się - w odróżnieniu od współczesnych mu malarzy - nie używać palety, a kolory mieszał bezpośrednio na płótnie. Uczeni twierdzą, że zdołali zrozumieć, jakiego rodzaju materiałów używał mistrz, jak wiele warstw koloru - i w jakiej kolejności - nakładał, jakiej były one grubości. Wszystko niemal tak, jakby ktoś z ekipy badaczy stał za plecami mistrza pochłoniętego tworzeniem. Co jeszcze można dostrzec, gdy za pomocą nowoczesnej aparatury oglądamy dzieła Leonarda da Vinci? Sporo. Pokazuje to przykład "Damy z gronostajem", jedynego dzieła Leonarda da Vinci, które znajduje się w Polsce. W 1992 roku przeprowadzono w Waszyngtonie radiograficzne badania tego obrazu, które potwierdziły wcześniejsze przypuszczenia, że czarne tło nie jest oryginalnym, pierwotnym zamysłem twórcy. Pod warstwą czarnej farby kryje się bowiem niebieskie tło. Jeszcze więcej pokazał niedawny zabieg komputerowej rekonstrukcji oryginalnego wyglądu dzieła, dokonany przez Francuzów. Okazało się, że tło w pierwotnej wersji rzeczywiście było niebieskie, dające efekt głębi za postacią. Ale dopatrzono się także innych szczegółów: pierwotnie na przykład łepek gronostaja był nieco większy, a pod brodą modelki doszukano się śladów wiązania welonu. Udało się dostrzec niewidoczne gołym okiem kreski szkicu pod farbą, jak również rzęsy sportretowanej Cecylii Gallerani, które przez wieki stały się przezroczyste. To wszystko możliwe było dzięki użyciu multispektralnej kamery, która prześwietla dzieło silnym promieniem światła o różnych widmach - od ultrafioletu do podczerwieni - z ogromną rozdzielczością. Zresztą również "Mona Lisa" była poddana podobnym zabiegom. Dzięki temu odkryto nieznane szczegóły dzieła, np. niewidoczny dziś woal z gazy, jaki kiedyś zwyczajowo nosiły kobiety w ciąży lub zaraz po urodzeniu dziecka, co spowodowało ożywioną dyskusję między zwolennikami a przeciwnikami teorii, iż sportretowana żona florenckiego kupca Francisco Giocondo była w stanie błogosławionym. Ale prawdziwym zaskoczeniem okazało się wspominane na początku odkrycie z Luwru. Dwie głowy konia, połowa ludzkiej czaszki i Jezusa z jagnięciem odkryto zupełnym przypadkiem, na odwrocie obrazu "Święta Anna Samotrzecia", kiedy zdejmowano go do konserwacji. Nieznane szkice były niemal na wyciągnięcie ręki - po prostu po drugiej stronie obrazu! Jak to się stało, że przez długie lata nikt ich nie zauważył? To odkrycie wymaga jeszcze potwierdzenia. Rysunki wykonane są na odwrocie dzieła Leonarda da Vinci i mają szczegóły charakterystyczne dla jego "kreski", ale na ostateczne potwierdzenie, że zostały wykonane własnoręcznie przez mistrza, musimy jeszcze poczekać. Jeśli ta informacja się potwierdzi, będzie to prawdziwa sensacja. Nigdy dotąd nie znaleziono bowiem takich rysunków na odwrocie dzieł Leonarda da Vinci.
Listy od Was na: pomoc@opinie.pl
Dużo emocji wywołał tekst o decyzji Komisji Europejskiej, która powoli wycofuje z produkcji tradycyjnej żarówki jako zbyt "prądożernej" w stosunku do produkowanego światła. Kolejny już list dotyczy tego właśnie tematu: Właśnie się dowiedziałam z Waszego Biuletynu, że znikną normalne żarówki. Przyznaję, że dla mnie to ogromna strata. Niedawno pełna chęci oszczędzania energii w celu ratowania świata zakupiłam zestaw żarówek energooszczędnych. Mąż powymieniał wszędzie. I co się okazało? Nie działają pokrętła regulujące jasność oświetlenia! No i energooszczędne żarówy powędrowały do szafy. Komfort użytkowania oświetlenia w domu jest dla mnie ważniejszy niż oszczędność energii. Dopóki nie zostaną wyprodukowane żarówki energooszczędne, których moc można regulować, ja protestuję przeciwko zakazowi produkcji zwykłych, najbardziej funkcjonalnych "edisonówek"! Cóż - pisaliśmy, że protestowano przeciwko decyzji Komisji Europejskiej i protesty te niewiele dały. Przyszłość nie rysuje się jednak tak - nomen omen - czarno bez tradycyjnych żarówek. Tak zwane energooszczędne żarówki to po prostu świetlówki z elektroniką zapłonową umieszczoną w cokole, dostosowane do tradycyjnych gwintów. Nie da się ich "przyciemnić". Ale przecież nie tylko nimi można zastąpić zwykłe żarówki. Dobór "zamiennika" zależy od potrzeb. Możliwość regulacji jasności dają na przykład lampy halogenowe. Wśród dostępnych na rynku rzadko spotyka się takie z tradycyjnym gwintem, najprawdopodobniej więc konieczna będzie wymiana oprawek. Poruszyły Was także teksty o oszczędności energii: Chciałbym powiedzieć, że wasze artykuły są niezwykle interesujące oraz poruszają ciekawe tematy. Kiedyś surfując po internecie natrafiłem na waszą ankietę (to było chyba o reklamach w telewizji) i wypełniłem ją ot tak - z nudów. Później zaproponowano mi zapisanie się do newslettera i tu też od niechcenia zapisałem się na niego. Od tej pory codziennie wchodzę na pocztę, by sprawdzić czy przypadkiem czegoś od was nie dostałem. Mam też pytanie: nie tak dawno wyczytałem gdzieś o elektronicznych ramkach na zdjęcia, które pobierają prąd tylko gdy zdjęcie się zmienia. Jeśli wyświetlane jest cały czas to samo zdjęcie, nie płacimy ani grosza. Czy naprawdę takie ramki istnieją (lub mają powstać, gdyż nie jestem pewien czy to był test czy jeszcze zapowiedź tego produktu)? A jeśli tak, to skoro wyświetlają takie zdjęcia (czyli po prostu świecą), to czy dałoby się zrobić oświetlenie bazujące na tej technologii, pobierające prąd tylko wtedy gdy wciśniemy przełącznik? Oczywiście wydaje mi się, że efekt byłby tylko wtedy, gdy powierzchnia byłaby duża, ale jeśli i tak na suficie właściwie nic nie ma to można zrobić oświetlenie na cały sufit. Dziękujemy za miłe słowa :) Zaś w sprawie wyświetlania bez poboru prądu - chodzi zapewne o "elektroniczny papier", który rzeczywiście nie wymaga energii do prezentowania obrazu, a pobiera ją jedynie przy jego zmianie (pisaliśmy o nim w numerze 46 naszego Biuletynu: http://www.opinie.pl/biuletyn/archiwum/20081127/pl/index.html). Szkopuł w tym, że urządzenie samo nie emituje światła - podobnie jak ciekłokrystaliczne wyświetlacze w zegarkach elektronicznych. Gdyby jakimś cudem udało się stworzyć urządzenie, które świeci nie pobierając energii, byłoby to perpetuum mobile. Kiedyś nie bardzo miałam ochotę czytać Biuletyn. Po przeczytaniu pozytywnych komentarzy na jego temat chciałam sama przekonać się ,czy to rzeczywiście takie ciekawe. Po przeczytaniu stwierdzam, że bardzo ciekawy tekst i z zainteresowaniem będę czytać kolejne Biuletyny. Oczywiście nie ma obowiązku czytania Biuletynu. Staramy się jednak zainteresować Was za każdym razem :) Cieszymy się, że i Panią udało się zachęcić do lektury. Dziękujemy także Panelistom, którzy nadesłali listy dotyczące tekstu o Gwieździe Betlejemskiej. Pozdrawiamy!
|
 |
 |
W Newsletterze:
Prawda czy fałsz - pytania
1. Kiedy komputer zawodzi, warto na niego krzyknąć. 2. W 2008 roku na świecie zarejestrowanych zostało 197 milionów adresów IP. 3. Szwedzka Partia Piratów może liczyć na 15 proc. poparcia w wyborach do Parlamentu Europejskiego.
Ci szaleni naukowcy – Nie kręćmy bez sensu!
Kto powiedział, że energia wytwarzana przez ćwiczących w siłowni musi być bezużyteczna? Niejeden z tych, którzy marzyli o podłączeniu rowerowego dynama do karuzeli chomika ucieszy się zapewne z wiadomości, że pewna amerykańska siłownia postanowiła tak przebudować urządzenia treningowe, by dostarczały prądu. Każdy rower treningowy czy inny "wyciskacz", to źródło podłączone do instalacji akumulatorów. Pobrany z nich prąd zostaje przekształcony na typowy dla domowych instalacji prąd zmienny. Specjaliści wyliczyli, że gdy równocześnie trenuje 50 osób, wytwarzana moc wystarcza na zasilenie klimatyzacji w całym pomieszczeniu. Warto dodać, że siłownia chce się przyczynić do zmniejszenia emisji dwutlenku węgla do atmosfery również na inne sposoby i korzysta z innych alternatywnych sposobów pozyskiwania energii, takich jak choćby panele słoneczne.
Prawda czy fałsz – odpowiedzi
1. Fałsz. Naukowcy z zespołu Sun Fishworks stwierdzili, że głośny krzyk wprawia twardy dysk w wibracje, powodując większe obciążenia i mniejszą wydajność. 2. Prawda. Tak wynika z danych organizacji Internet Assigned Numbers Authority, która zajmuje się przydzielaniem adresów IP. 3. Fałsz. Ostatnie badania preferencji wyborczych wykazały, że Partia Piratów może liczyć w wyborach do Parlamentu Europejskiego na głosy 21 proc. Szwedów (w grupie młodych ludzi, w wieku 18-29 lat poparcie wynosi aż 55 proc.). Komentatorzy podkreślają, że na początku działalności partii społeczeństwo było raczej przekonane, że chodzi o żart. Gdyby partia weszła do PE, można byłoby mówić o pewnym precedensie – ukształtowania się realnej siły politycznej w odpowiedzi na zapotrzebowanie społeczności internetowej.
|
 |